Recenzje z koncertów

Recenzja koncertu w „12/14” – Tomasz Pierchała – 5 IX 2016

„Dzisiejszy swój koncert grupa HoTS rozpoczęła świetną kompozycją – pochodzącą z pierwszej płyty – „3/5”, zapowiadającą przestrzenie muzyczne z ich charakterystyczną, mocno klimatyczną melodyką poncyljuszowych utworów wciągających słuchacza w swój niezwykły świat pięknych opowieści, a jednocześnie dają mnóstwo pola dla solistycznych popisów każdego z członków grupy. Zwalniając tempo, przeszli do „# 27” (jedyny utwór w tym secie pochodzący z materiału do płyty „Numbers”) inicjowanego znakomitym kontrabasowym intro, a zapowiedziany w pierwszym utworze klimat uległ zagęszczeniu. Przepiękny temat tej kompozycji jest z całą pewnością godny zapamiętania i będzie łatwo rozpoznawalny w przyszłości, nawet jeśli jakiś inny muzyk włączy go do swego repertuaru. Świetne solówki gitary i instrumentów dętych. Późniejsze „Alone”, jak i „W.” zauroczyły tematami i przepiękną trąbką w „W.”, po której gitara dookreśliła niezwykły klimat kompozycji. Prawie dwuminutowe saksofonowe intro rozpoczęło ostatni utwór pierwszej części koncertu, w sposób nieomal mimetyczny przedstawiając zabawy tytułowej „Pandy” (utwór jest pierwszą kompozycją w dorobku kompozytorskim Mikołaja Poncyljusza), by później rozwinąć to w pełne energii fascynujące współgranie, dokumentujące znakomitą komunikację pomiędzy muzykami i pełną dojrzałość artystyczną tego młodego przecież zespołu. Pierwsza część zostawiła słuchaczy w gorącym oczekiwaniu kontynuacji koncertu, a muzycy schodzili na przerwę żegnani gorącymi owacjami i głośnymi okrzykami usatysfakcjonowanej publiczności. 

Serdecznie witani przez oczekująca publiczność, drugą część koncertu muzycy HoTS rozpoczęli od „# 26”, drugiego z pięciu utworów promujących materiał do płyty „Numbers”, przedstawianych dzisiaj premierowo. Jeśli wszystkie utwory na tym albumie będą tej jakości, co zaprezentowany w pierwszej części „# 27” i „#26”, to czeka nas niemała sensacja edytorska. To kompozycje niezwykle dojrzałe, oferujące nie tylko świetną strukturę harmoniczną i nadzwyczajną melodykę, znakomite partie ad libitum, ale również świetne wykonania zarówno w obszarze kolektywnej kreacji, jak i solowych popisów wszystkich instrumentalistów. Piękne, powolne tematy, grane unisono przez sekcję dętą wspieraną bogatymi riffami gitary i perfekcyjnie obudowanymi pochodami basowymi i swingującą perkusją, wciągają bez reszty w zupełnie zindywidualizowany świat dźwięków i brzmień. Wielkie brawa dla Mikołaja Poncyljusza za maestrię kompozytorską i aranżacyjną. Ale też należy powiedzieć bardzo jasno, że jego gitara to dzisiaj bez wątpienia jedna z czołowych polskich gitar jazzowych i w prostej linii spadkobierczyni spuścizny wielkiego Jarka Śmietany. Postęp dokonany przez Mikołaja Poncyljusza na przestrzeni raptem dwóch lat – i to zarówno w warstwie kompozytorskiej, jak i wykonawczej – plus wyczuwalny potencjał rozwojowy, czynią z tego młodego muzyka jedną z najciekawszych postaci współczesnego jazzu w Polsce.
Wsłuchując się w kolejny „numer”, tym razem „# 28”, szczególnie we fragment z fascynującym solo basowym i jego charakterystyczną dominantą powtarzanego rytmicznie dwudźwięku Es/F, na które później nakładają się solówki saksofonu (idącego w stronę faktur rodem z dokonań free-jazzu), trąbki (z zupełnie stańkowo-komedowską konstrukcją i brzmieniem), by w końcu na głębokich akordach gitary powrócić do tematu, poprzedzając to gitarowym, niezwykłym solem, można z całą pewnością powiedzieć, że przewidywana edytorska sensacja jest pewna. Z kolei „# 23” to świetny przykład swingującego drive’u niespodziewanie przechodzącego w quasi-bluesowo/rockowe metrum, w którym na plan pierwszy wysuwa się mocna solówka perkusji Opalińskiego, w której usłyszeć mogliśmy nie tylko potężny bit, ale i poszukujące preparacje wskazujące na wszechstronność i duże umiejętności tego drummer, tym bardziej, że wyjście z sola bębnów zaznaczone jest rytmem rumby, zmieniającej się w ciągu zaledwie kilku taktów w spokojną jazzową balladę, by po chwili powrócić do swingu, ale poprzez woltę rytmów szesnastkowych. Ale pomimo tych łamańców rytmicznych słucha się tego świetnie, a logika następstw kolejnych metrum jest godna podziwu. Po części ich mnogość wynikała z udatnego połączenia z kolejną kompozycją zatytułowaną „Diuna”. Żegnani owacjami, zostali poproszeni o bis, w którym pojawiła się wzbogacona wersja kompozycji „Panda”, a więc pierwszej kompozycji Mikołaja Poncyljusza. To był świetny koncert! Gratulujemy!!!”

 

Recenzja koncertu w „12/14” – Tomasz Pierchała – 5 IX 2015

„Wpisujące się hurtem w najlepsze europejskie tradycje nowoczesnej kompozycji jazzowej, nadzwyczaj dojrzałe i fascynujące utwory Mikołaja Poncyljusza, złożyły się wczoraj na porywający koncert, powstałej w 2011 roku, warszawskiej formacji HoTS tworzonej przez znakomitych młodych muzyków – Jakuba Kinsnera (perkusja), Adama Prokopowicza (kontrabas), Bartosza Tkacza (saksofon tenorowy), Radosława Nowaka (trąbka) i lidera zespołu, wspomnianego już Mikołaja Poncyljusza (gitara), absolwentów Szkoły Muzycznej im. Fryderyka Chopina na Bednarskiej oraz studentów Akademii Muzycznej w Katowicach. Wypełniająca klub (do granic pojemności) międzynarodowa Publiczność owacyjnie witała każdy nowy temat, grany – a jakże! – w unisono instrumentów dętych długą, ciemną nutą (przywodzącą na myśl komedowskie arcydzieła Kattorna, Astigmatic, Svantetic czy Don Kichote [ten ostatni, szczególnie, w utworze „#26” otwierającym koncert]) inicjującą formę dość otwartą, dającą z jednej strony bardzo dużo pola dla własnej inwencji, a z drugiej wymagającą dużej intuicji muzycznej i kunsztu improwizacyjnego każdego z solistów. I choć kompozytorski talent Poncyljusza nie czerpie bezpośrednio z utworów Komedy, to niewątpliwie tworzy wspaniałą muzykę naznaczoną osobistym rytem, i o podobnym ładunku melodyjności, nastroju, klimatu i przestrzeni, co ujawniło się szczególnie w swoistym dyptyku utworów „#25” i „#24” (przy okazji – nazwaliśmy Mikołaja „mistrzem tytułu”), a także w „Alone In A Deep Space”, „Panda”, „Ząbki” i w przepięknej balladzie zagranej na bis, zatytułowanej „W.”, dedykowanej swej żonie, Weronice. Jeśli do tego, co już powiedziano, dodać wspomnienie znakomitych popisów solistycznych młodych Artystów – niezwykłego, wręcz onirycznego brzmienia gitary, świetnej, równej i czystej gry instrumentów dętych, porywających zabiegów basu i podbijającej motorykę groove’u perkusji – to będziemy mieli do czynienia ze wspomnieniem kompletnym niezwykłego koncertu bardzo, ale to bardzo niezwykłej grupy, której rokujemy znakomitą przyszłość, podobnie zresztą, jak kompozycjom Mikołaja Poncyljusza, których uzasadnioną ambicją powinno być wpisanie się w kanon polskiej kompozycji jazzowej. Dziękujemy za cudowny koncert! Trzymamy za Was kciuki!”

 

Jazz Jantar – Czesław Romanowski – 7 XI 2015

Grająca w żakowej kawiarni polska grupa HoTS, czyli Harmony Of The Spheres, to kwintet, który z początku mnie nie zachwycił. Pierwsze dźwięki zdawały się zwiastować typowy, dosyć sprawny band, który niczego nowego nie odkrywa i nie proponuje, mocno mieszcząc się w jazzowej tradycji. Już jednak po kilku minutach to wrażenie znikło, trudno mi nawet właściwie powiedzieć dlaczego. Może to kompozycje, które choć opierające się na schemacie: temat-improwizacje muzyków-powrót do tematu, mają w sobie jakiś pierwiastek czegoś świeżego, ciekawego? A może to gitara lidera zespołu, Mikołaja Poncyljusza? Od razu muszę zaznaczyć, że gitara w jazzie to jeden z moich mniej ulubionych instrumentów, z tym większym zdziwieniem złapałem się na tym, że słucham tego występu przede wszystkim z powodu brzmienia tego instrumentu. Solowe improwizacje Poncyljusza miały w sobie i maestrię, i urok, i głębię. Składu zespołu dopełniają perkusista, trębacz, saksofonista oraz kontrabasista. I chociaż wszyscy muzycy są bardzo sprawni, to na szczególne wyróżnienie zasługuje ten ostatni, Adam Prokopowicz, którego instrument nie tylko świetnie współgrał z gitarą lidera, ale także wygrywał w tle niezwykle piękne, wręcz subtelne frazy, które, nieco przytłoczone przez pozostałe instrumenty, z pewnością zasługują na więcej czasu i uwagi.